Wyprawa po brena
"większość tego zaczęła spadać nie na naszą stronę. To był moment, w którym miałem swoje pięć minut. Byłem nieostrożny co prawda, ale widziałem jak jeden spadochron, jeden ładunek spadł pod skarpę i zginął nam z oczu. Wówczas wyskoczyłem. Byliśmy ostrzeliwani od Sobieskiego, już wtedy tam byli Niemcy. Zygzakiem, jak mnie uczono, zbiegłem. Okazało się, że pod nami, pod skarpą są zabudowania, jest warzywnicze gospodarstwo, podwórko. Zastałem scenę, kiedy z siekierami do zasobnika podchodzą moi pobratymcy Polacy, oczywiście w stosunku do mnie wrogo nastawieni. Wtedy stałem się decydującym człowiekiem, żołnierzem. Byłem uzbrojony, pod groźbą wielkiego „Formmera” pistoletu „siódemki” z tłumaczeniem: „Możecie zabrać spadochron.” – To było bardzo łase, to był biały jedwab na koszule, bluzki i tak dalej, te wartości też grały – zgodzili się, pomogli mnie rozbroić cały ładunek. Okazało się, że to zdobycz była dla mnie, bo to był kompletny „Bren” angielski „erkaem” z całym oprzyrządowaniem, z ładownicami, pasami i z częścią długiego zasobnika półbeczka pięknej amunicji złotej. Teraz jak to wnieść na górę? Właśnie dwunastoletni chłopiec, mówił do mnie: „Proszę pana, ja panu pomogę.” Żeśmy obydwaj wtachali na górę do Giżyckiego, nic nas nie trafiło, mieliśmy głowy czym innym zajęte – taka zdobycz. To była wielka rzecz, kiedy w tym budynku gimnazjum oczyściłem to z towotu, smaru. Wszystko było pięknie zakonserwowane. Załadowałem magazynek i po raz pierwszy wystrzeliłem w stronę Niemców, piękna rzecz, uczucie."
Wojciech Militz "Bystry", Archiwum Historii Mówionej, 1944.p










Skomentuj